Tesla podnosi ceny Modelu S i X, ale dorzuca pakiet bonusów. Choć obywda flagowce nie są u nas w Europie dostępne, amerykański producent postanowił wprowadzić je do sprzedaży w USA. jednak jest jeden haczyk. Mamy drożej ale dają więcej…
Co dostaniemy?
Tesla po raz kolejny zmienia reguły gry dla swoich flagowych modeli. Tym razem chodzi o Model S i Model X, które od połowy sierpnia 2025 roku zdrożały w USA o 10 tysięcy dolarów. Z pozoru wygląda to jak zwykła podwyżka, ale producent nie zostawia klientów z pustymi rękami. Wręcz przeciwnie. Dorzuca zestaw dodatków, które w praktyce mocno zmieniają wycenę całego samochodu.
Najważniejszy z nich to Full Self-Driving czyli pakiet, który do tej pory kosztował 8 tysięcy dolarów i wciąż budzi wiele kontrowersji co do swojego faktycznego poziomu autonomii. Teraz staje się standardem w Modelu S i X. Do tego Tesla wraca do czegoś, co wielu fanów pamięta sprzed lat, a jest to bezpłatne ładowanie Supercharger, na całe życie samochodu. Nie ma jednak pełnej swobody.
Bonus nie przechodzi na kolejnego właściciela i nie można go używać w celach komercyjnych. Żadnych tam firm kurierskich, taxi, czy innych opcji, które by obciążały kieszeń Tesli niezgodnie z zapisami. Choć tak naprawdę popatrzcie na nasze SuC, obłożone autami Taxi z darmowym ładowaniem. Chyba nawet Tesla nie jest w stanie nad tym zapanować i sprawdzić co się dzieje, na ich własnych ładowarkach. To nowe rozwiązanie skierowane jest głównie do prywatnych klientów, którzy faktycznie korzystają z sieci ładowarek Tesli podczas długich podróży. I zakładam, że nie robią jak to się mówi? Miliona kilometrów w skali roku:)
Mamy tego więcej…
Kolejnym elementem jest Premium Connectivity, czyli pełny pakiet multimedialny z mapami satelitarnymi, ruchem drogowym na żywo czy streamingiem wideo. Normalnie kosztuje on sto dolarów rocznie albo dziesięć miesięcznie, teraz wchodzi w skład pakietu bazowego. Do tego dochodzi jeszcze czteroletni program Premium Service, obejmujący planowe serwisy, wymiany filtrów czy wycieraczek, a także ochronę opon i szyb.
Co prawda Tesla nie wymaga żadnych przeglądów w swoich autach, choć zaleca kontrole takowego co dwa lata. Takie tam drobiazgi. Sprawdzenie płynu chłodniczego baterii, sprawdzenie płynu hamulcowego itp. W sumie może to niezła opcja, bo jeśli i tak zamierzamy kupić auto, to mamy zapewnione te wszystkie drobiazgi za darmo i to przez cały okres podstawowej czteroletniej ochrony serwisowej pojazdu.
Jak to wychodzi cenowo (w USA oczywiście:)
W efekcie nowe ceny w USA prezentują się następująco: Model S startuje od 94 990 dolarów w wersji Long Range i od 109 990 dolarów w odmianie Plaid, natomiast Model X kosztuje co najmniej 99 990 dolarów, a w wersji Plaid, aż 114 990. Wzrost jest wyraźny, ale Tesla chce to zrównoważyć wartością dodatkowych usług. Polega to na przekonaniu klienta o tym, że co najmniej przez 4 lata nie musi się martwić absolutnie o nic, no i może jeździć do woli za free. A przynajmniej dopóki jego auto będzie działać i poruszać się po drogach.
Trochę je zmienili, ale czy to wystarczy?
Trzeba jednak pamiętać, że nie jest to pierwsza zmiana w tym roku. Już w czerwcu obydwa modele przeszły drobne odświeżenie. Pojawiło się ambientowe oświetlenie, poprawiono dynamikę jazdy i nieco zwiększono przestrzeń w Modelu X, ale równocześnie wzrosła masa pojazdów i spadła prędkość maksymalna. Wtedy podwyżka wynosiła 5 tysięcy dolarów.
Tesla ewidentnie szuka sposobu na ożywienie sprzedaży swoich luksusowych aut, które od dłuższego czasu nie sprzedają się tak dobrze jak niegdyś. Klienci chętniej wybierają Model 3 czy Model Y, a S i X pozostają niszowe. Pakiet FSD i powrót darmowego Superchargingu to próba przypomnienia, że te samochody wciąż mają coś wyjątkowego do zaoferowania.
Poza tym zarówno trójka jak i Y po prostu skanibalizowały flagowce od Tesli. Oferując wystarczającą dynamikę czy ilość miejsca. Nie opłaca się wydawać pół miliona złotych na Model X, kiedy za Model Y zapłacimy zaledwie 230 tysięcy złotych, a auto jest tylko nieznacznie mniejsze i bardzo nowoczesne. Bo w sumie po co przepłacać podwójnie za samochód (Model X), który spełnia w 95% czasu dokładnie taką samą funkcję jak młodsze rodzeństwo czyli Model Y. Chyba tylko dla poczucia tego, że jednak jeździmy flagowym autem Tesli. Bo reszta jest bardzo podobna. Y nie posiada co prawda Gadżeciarskich drzwi z tyłu, ale czy one są niezbędne do tego aby komfortowo podróżować? Nie wydaje mi się…
Europejski problem
Szkopuł w tym, że w Polsce ani Modelu S, ani Modelu X oficjalnie już nie kupimy. Tesla wycofała je z konfiguratora i z naszej oferty, podobnie jak z innych rynków Europy Środkowej. Zostały jedynie pojedyncze egzemplarze „magazynowe”, czyli na tzw. Stocku. Kto marzy o nowym Modelu S, musi rozglądać się za importem z USA albo szukać używanych egzemplarzy. Ciekawe swoją drogą czy się to zmieni?
W praktyce więc cała ta zmiana z darmowym ładowaniem i FSD dotyczy głównie rynku amerykańskiego. U nas te samochody stają się powoli rzadkim widokiem, a oferta Tesli skupia się na Modelu 3 i Y, które zapewniają firmie masową sprzedaż. S i X zostają legendami, jednymi z pierwszych elektryków, które naprawdę zrobiły wrażenie na świecie. Choć dziś są już bardziej symbolem przeszłości niż przyszłości Tesli. przynajmniej tak to wygląda na dzisiejszy dzień.
Powróżymy s fusów?
A gdyby tak obniżyć cenę flagowców od Tesli? Gdyby nie kosztowały 100 czy 120 tysięcy dolarów? gdyby ich cena zjechała w dół powiedzmy, do jakichś 75 tys. dolarów? Oznaczałoby to auto z baterią 100 kWh, w najnowszej technologii, za niespełna 280 tys. złotych (w przeliczeniu).
Obstawiam, że w takim wypadku, sprzedaż największych osobowych Tesli rozpędziłaby się niesamowicie. W takiej sytuacji mielibyśmy malutką różnicę około 50 tys. złotych między Modelem Y a Modelem X. Byłoby ciekawie, choć z drugiej strony sprzedaż Modelu Y mogłaby polecieć na łeb na szyję w dół. Czyli mamy sytuację bez wyjścia… i tak źle i tak niedobrze… dla Tesli, oczywiście:)