News

Mit darmowego ładowania. Czy to jeszcze istnieje?

Mit darmowego ładowania. Czy to jeszcze istnieje? No właśnie… przyjrzyjmy się temu ciekawemu tematowi.

Był czas, gdy elektromobilność kusiła wizją jazdy „za darmo”. Pierwsze Tesle Model S i X podłączone do Superchargerów czerpały energię bez rachunków, a ich właściciele podróżowali po Europie w poczuciu, że świat naprawdę się zmienia. Mit darmowego ładowania narodził się wraz z Teslą i jej odważnym marketingiem: kup auto, a prąd masz na całe życie. Dla wielu ludzi to brzmiało jak herezja wobec epoki benzyny i ropy. Bo kto w końcu do diaska rozdaje za darmowe paliwo do auta w postaci benzyny czy ropy? No właśnie… NIKT!

Było ale prawie… się skończyło!

Dziś ta obietnica w dużej mierze odeszła do przeszłości. Tesla już dawno zakończyła program nielimitowanego Superchargingu dla wszystkich. Zostały tylko wyjątki: nieliczne egzemplarze Modeli S i X sprzed 2017 roku, które wciąż korzystają z darmowych kWh, oraz okresowe promocje. Dostępne nawet dziś, pod warunkiem zakupu flagowego auta tej marki. jednak dostępne tylko dla 1 właściciela. Jeśli sprzedamy auto, niestety nowy właściciel będzie musiał płacić za ładowanie na stacjach Tesli.

Jak wspomniałem wyżej, w grudniu 2024 roku Tesla w USA przywróciła „lifetime free supercharging” dla nowych Modeli S ale wyłącznie na tamtym rynku i z zastrzeżeniami. Darmowe ładowanie przypisane jest do konkretnego pojazdu i konta, nie przenosi się na kolejnych właścicieli. Później firma poszła dalej, oferując pakiet „Luxe” dla Modeli S i X, w którym darmowe ładowanie znów pojawia się jako bonus. To już nie jest standard, a raczej limitowana zachęta sprzedażowa. ot, taka super promocja, bo jeśli zamierzałeś kupić auto na prąd, mogłeś wybrać auto Tesli i mieć za darmo paliwo na zawsze. Pod warunkiem, że będziesz jeździł swoją Teslą po wsze czasy…:)

Tylko Tesla

Darmowe ładowanie smakuje najlepiej. Szczególnie gdy jedziesz z polski do Toskanii i z powrotem. Kilka tysięcy przejechanych za free kilometrów, to wymarzony scenariusz…

Poza Teslą, darmowe ładowanie publiczne niemal całkowicie znikło z mapy. Centra handlowe, które jeszcze kilka lat temu stawiały ładowarki DC jako wizerunkowy gadżet, teraz pobierają opłaty. Lidl? W wielu krajach tylko z aplikacją i taryfą. Ikea? Również coraz częściej płatnie. Darmowe kWh jako wabik marketingowy spełniły swoje zadanie: zachęciły kierowców, rozruszały rynek i… straciły rację bytu. Bo ktoś za tę infrastrukturę musi zapłacić. Szybka ładowarka 150–300 kW to koszt setek tysięcy złotych, do tego przyłącze, serwis i cena energii. To nie jest filantropia, to biznes. Nie obrażajmy się więc na Kauflandy, Lidle czy inne sieci, które każą sobie dziś płacić za ładowanie. Takie czasy…

Jest nadzieja… ciągle, choć niewielka

Są jednak miejsca, gdzie mit darmowego ładowania wciąż tli się jak ogień w kominku. To hotele, pensjonaty i agroturystyki. W wielu z nich wallbox 11 czy 22 kW, stoi na parkingu jako gest gościnności. Ładowanie jest wliczone w cenę noclegu, jak Wi-Fi czy śniadanie. W Niemczech sporo hoteli w Berlinie czy Monachium oferuje darmowe AC dla gości. We Włoszech, szczególnie w Toskanii i Apulii, często można trafić na pensjonat, gdzie właściciel z dumą podłącza Teslę gościa do swojej fotowoltaiki. To już nie systemowe rozwiązanie, ale miły bonus. Zdarzają się też większe sieci, które stosują darmowe ładowanie, jako element programu lojalnościowego.

Coraz częściej jednak hotele widzą w tym nie tylko uśmiech w stronę klienta, ale i źródło przychodu. Niestety! Opłata za sesję, limit kWh w cenie, a potem rachunek dodatkowy, to standard, który powoli wypiera „all inclusive” prądowe. Hotel w Wiedniu, który w zeszłym roku zaszczycił nas darmowym prądem do naszego auta, gdy wracaliśmy z Toskanii, dziś niestety pobiera słoną opłatę za każdą kWh. Podobno zmienił się właściciel parkingu hotelowego i jest nią zewnętrzna firma. Słabe i rozczarowujące. Więcej nas tam nie zobaczą. Poza tym na stronie totalny brak informacji, że darmowe ładowanie stało się słono płatne. A o wiedzy obsługi hotelowej… cóż, będę milczał bo to wstyd dla tego hotelu.

Prawie jak białe kruki

Patrząc na całą Europę, widać wyraźny trend: darmowe ładowanie to wyjątek, nie reguła. Ceny DC szybują od 0,30 do nawet 0,90 euro za kWh, w zależności od kraju i operatora. Do tego dochodzą opłaty za sesję, za czas blokowania stanowiska, a coraz częściej także dynamiczne taryfy zależne od pory dnia. Rynek dojrzewa i zaczyna przypominać rynek paliwowy. Tylko zamiast litrów, rozliczamy się w kilowatogodzinach.

Czy to źle? Niekoniecznie. Darmowe ładowanie było potrzebne na początku, by przyciągnąć uwagę i przełamać opory. Ale elektromobilność, jeśli ma być stabilna i masowa, nie może opierać się na prezentach. Potrzebuje infrastruktury, która się spina finansowo, operatorów, którzy inwestują i rozwijają sieci, oraz użytkowników, którzy płacą za usługę, tak jak płacili za benzynę. Choć jeśli będzie taniej, to oczywiście płakać nie będziemy:)

Mit darmowego ładowania żyje już tylko we wspomnieniach pierwszych właścicieli Tesli i w marketingowych akcjach specjalnych. Ale to, że wciąż można go czasem spotkać, w hotelu w Alpach, w małej włoskiej agroturystyce albo w nowym Modelu S z USA, dodaje tej historii uroku. To znak, że mimo komercjalizacji, gdzieś tam w tle wciąż tli się duch rewolucji, od której wszystko się zaczęło.


Koszyk0
Brak produktów w koszyku!
Menu

Wyszukiwarka